Zaczynałem jako serwisant z walizką.
Ostatni etat kończyłem jako menedżer; wcześniej kierowałem działem obsługi projektów i wsparcia użytkowników. Po drodze zmieniały się obowiązki, stanowiska i zakres odpowiedzialności. Później przez lata prowadziłem własny biznes i pracowałem z zespołem przy projektach dla dużych organizacji.
Dziś wdrażam narzędzia, które zdejmują z ludzi powtarzalną pracę i zostawiają im więcej miejsca na to, co naprawdę wymaga ich uwagi, wiedzy i decyzji.

Rafał Siennicki
Dwadzieścia lat wystarczy, żeby zobaczyć, jak często zmienia się wszystko oprócz samej pracy.
Przez większość kariery zajmowałem się tym samym problemem: właściwa informacja miała trafić do właściwej osoby, zanim jej brak zacznie kosztować czas i pracę innych.
Odpowiadałem między innymi za jakość pracy ekip serwisowych w całym kraju — niezależnie od tego, kto akurat jechał na zgłoszenie.
Przez kilkanaście lat pracowałem przy jednym problemie, a firma nad nim zdążyła pięć razy zmienić właściciela. Z każdą zmianą pojawiały się nowe umowy, procedury i stanowiska.
Zmieniał się szyld nad drzwiami, nie robota za drzwiami.
Przez rok siedziałem również po stronie zamawiającego, wewnątrz dużej organizacji. Dzięki temu znam oba widoki: dostawcy, który chce coś sprzedać, i klienta, który później musi z tym żyć.
Przez lata zawodowo pisałem procedury i dokumentację oraz wyceniałem czasochłonność cudzej pracy. Dziś zajmuję się automatyzacją procesów, rozwiązaniami opartymi na sztucznej inteligencji i monitoringiem.
Procedura jest pomocna. Pod warunkiem że firma również ją czyta.
Zanim coś zaproponuję, sprawdzam, jak sprawa naprawdę przechodzi przez firmę.
Nie interesuje mnie wyłącznie opis procesu. Interesuje mnie jego wersja używana w poniedziałek rano, kiedy trzeba wykonać pracę.
Przy projekcie dla punktów działających w całym kraju zacząłem od pytania: „co tutaj nie może stanąć ani na minutę?”
Odpowiedź: płatności.
Reszta mogła poczekać dziesięć minut i nikt by tego nie zauważył.
To rozróżnienie jest ważne. Firmy mają wiele procesów, które są określane jako ważne. Znacznie mniej takich, których zatrzymanie naprawdę natychmiast coś zmienia.
Dlatego zaczynam od ustalenia priorytetów, nie od proponowania narzędzi.
Najbardziej interesuje mnie praca, której ludzie w ogóle nie powinni wykonywać: przepisywanie danych, powtarzanie tej samej czynności, pilnowanie czegoś tylko dlatego, że inaczej nikt tego nie dopilnuje.
Zaangażowanie — swoje i każdej osoby po mojej stronie projektu — mierzę tak samo jak produktywność klienta: czy po wykonanej pracy ktoś ma realnie mniej pracy bez sensu.
Wiedza w głowie pracownika jest cenna. Jako jedyna instrukcja — trochę mniej.
Po każdym wdrożeniu zostaje dokument.
To nie dodatek do projektu. Przez lata tworzenie procedur i dokumentacji było moją etatową pracą, więc wiem, po co się je robi.
Nie po to, żeby mieć kolejny plik.
Dokument ma pozwolić odtworzyć sposób działania, podjąć decyzję i sprawdzić, dlaczego proces wygląda właśnie tak.
Ta zasada bierze się również z wcześniejszej pracy. Odpowiadałem za jakość pracy ekip działających w całym kraju. Nie można wtedy opierać kontroli na tym, że ktoś „wie, jak powinno być”.
Liczy się powtarzalny sposób pracy i rezultat, który da się ocenić.
Najłatwiej sprzedać rozwiązanie wtedy, kiedy najpierw uzna się, że musi być potrzebne.
Przez wystarczająco długi czas siedziałem po stronie dostawcy, żeby wiedzieć, jak wygląda rozmowa, w której klientowi sprzedaje się coś, czego nie potrzebuje.
Dlatego nie zakładam z góry, że po oględzinach będzie wdrożenie.
Może się okazać, że proces warto zmienić. Może się również okazać, że taniej i prościej zostawić go w spokoju.
W drugim przypadku właśnie to usłyszysz. Nawet jeżeli oznacza to brak zlecenia.
Tak samo podchodzę do własnych rozwiązań.
Mam dowód, że działają. Nie mam jeszcze dowodu, że obronią się u obcego klienta.
To nie jest zdanie, które szczególnie dobrze wygląda na slajdzie sprzedażowym. Jest za to zgodne ze stanem rzeczy.
Dopóki rozwiązanie nie sprawdzi się w realnej pracy klienta, nie będę przedstawiał założenia jako dowodu.
Po pracy jeżdżę na rowerze, na nartach i żegluję.
Czasem największą pomocą jest przekazać sposób działania.
Mogę przygotować automatyzację od początku do końca. Mogę też przejść przez nią razem z drugą stroną tak, żeby następnym razem poradziła sobie sama.
Ten drugi rezultat cenię szczególnie. Gotowe rozwiązanie zamyka jedną sprawę. Umiejętność pozwala rozwiązać także kolejną.
Dlatego czasem podejmuję się pracy bez faktury. Może chodzić o organizację pozarządową, startup albo małą firmę, która ma konkretny problem i nie ma dziś budżetu, żeby go rozwiązać.
Wybieram takie sprawy wtedy, kiedy naprawdę mnie ciekawią. Robię je, bo mogę i chcę.
Po wszystkim można po prostu korzystać z efektu i z tego, czego udało się nauczyć. Bez poczucia, że trzeba mi się odwdzięczyć albo zostać ze mną na dłużej.
Takiej pracy jest tyle, ile mieści się obok zleceń płatnych, więc nie obiecuję jej z góry.
Są bezpłatne i mają odpowiedzieć na prostsze pytanie: czy jest tu problem, który warto rozwiązywać.
Sprawdzam sposób przechodzenia sprawy przez firmę, zbędne czynności, zależności i miejsca, w których praca jest wykonywana ponownie. Po oględzinach dostajesz wnioski na piśmie. Jeżeli będzie co poprawiać, będzie wiadomo co. Jeżeli nie — wniosek również może być konkretny: nie ma tu czego automatyzować.
- bezpłatne oględziny
- wnioski na piśmie
- bez zobowiązań